Egzaminy, AI i myślenie outside the box

Centra egzaminacyjne nie rozwiążą problemu ściągania. Prawdziwe pytanie brzmi inaczej: czy w ogóle wiemy, po co są egzaminy i czego tak naprawdę chcemy od systemu edukacji?

Opinie
Sala egzaminacyjna
Źródło: Zdjęcie: Ivan Aleksic / Unsplash

Ministerstwo chwali się pomysłem centrów egzaminacyjnych jako odpowiedzią na problem ściągania z użyciem AI. To dobry nagłówek. Tylko że nie rozwiązuje problemu.

Smartfony mają już wystarczającą moc obliczeniową, żeby uruchamiać małe modele językowe lokalnie – bez dostępu do internetu. Zadania maturalne? Kilkanaście sekund. A przekazanie odpowiedzi osobie w sali egzaminacyjnej, nawet jeśli urządzenie jest na zewnątrz, nie jest żadnym technicznym wyzwaniem. Mówimy o 2026 roku – to już jest osiągalne. Za dwa, trzy lata będzie jeszcze łatwiejsze.

Ale zanim pójdziemy za daleko w dyskusji o centrach egzaminacyjnych, warto zadać sobie inne pytanie: co tak naprawdę sprawdzają egzaminy? Pytania zamknięte niczego nie uczą i niczego nie weryfikują – poza umiejętnością zaznaczania właściwej odpowiedzi. Pytania otwarte z kolei mają klucz i kryteria, które sprowadzają odpowiedź do schematu. A schematy AI ogarnia lepiej niż jakikolwiek człowiek.

Raport NIK pokazał wprost, że egzaminów pisemnych też nie da się ocenić z dokładnością do jednego punktu, bo egzaminatorzy są ludźmi. Kryteria nie są w 100% precyzyjne – dają przestrzeń na subiektywizm. Obiektywność egzaminów, o której tyle się mówi, jest w dużej mierze iluzją.

Sprowadzanie ucznia do zestawu punktów powoduje utratę informacji o jego rzeczywistym potencjale. Egzamin bada przede wszystkim pamięć – a pamięć ludzka jest zawodna. Pytanie: czy chcemy ludzi z dobrą pamięcią, czy ludzi inteligentnych? Bo to nie jest to samo.

Egzaminy ustne mają jedną realną przewagę: pokazują szerszy obraz zdolności ucznia. Są droższe i czasochłonne – to fakt. Ale warto zapytać, dlaczego ustne z polskiego już istnieją, ustne z matematyki działały, a teraz ich nie ma.

Praktycznie cała szkoła średnia zbiega się do kilku godzin egzaminu. Cztery, pięć lat nauki – i wszystko sprowadza się do arkusza. To nie jest miara potencjału. To jest miara tego, jak dobrze ktoś opanował obowiązujące schematy.

Nauczyciele od lat uczą tego samego wszystkich uczniów, żeby ci mogli zdobyć punkty za znajomość wzorców. AI te wzorce ogarnia lepiej niż człowiek – nie dlatego, że nauczyciel źle uczy, tylko dlatego, że egzamin jest szablonowy z założenia.

Narzędzie takie jak Polonek, stworzone przez dwóch studentów w kilka miesięcy, potrafi przygotować ucznia do egzaminu lepiej niż niejedna korepetycja. Nie dlatego, że jest jakimś cudem technologicznym, ale dlatego, że podstawa programowa i egzaminy są na tyle schematyczne, że algorytm je rozkłada na łopatki.

Centra egzaminacyjne to odpowiedź na zły problem. Zanim wdrożymy kolejne kosztowne rozwiązanie, może warto najpierw zapytać: po co w ogóle jest ten system? I czy to, co mierzy, ma jeszcze sens.

Źródła
  1. NIK: Oblany egzamin ze sprawdzania matur